Już po raz osiemnasty spotkałem się z mieszkańcami Gdańska. Tym razem spotkanie z cyklu „Mój dom, moja dzielnica, moje miasto” odbyło się w Zespole Szkół Łączności, a jego gośćmi byli mieszkańcy Śródmieścia.

We wtorek 9 czerwca w auli szkoły zebrało się blisko 150 mieszkańców tej dzielnicy. W czasie spotkania mogli porozmawiać ze mną, moimi zastępcami oraz dyrektorami wydziałów Urzędu Miejskiego, jednostek miejskich, przedstawicielami Straży Miejskiej i Policji.

Spotkanie tradycyjnie rozpocząłem swoistym raportem o najważniejszych inwestycjach miejskich przewidzianych na najbliższe lata. Potem szerzej omówiłem te spośród nich, które dotyczą bezpośrednio Śródmieścia – m.in. remonty i przebudowy dróg w dzielnicy, planowaną budowę parkingów podziemnych, rozbudowę jachtowej mariny i projekt rewitalizacji Dolnego Miasta. Wspomniałem również o Centrum Hewelianum, Europejskim Centrum Solidarności i Teatrze Szekspirowskim.

W drugiej części spotkania mieszkańcy mieli możliwość zgłaszania problemów i uwag dotyczących życia w dzielnicy. Wśród tematów przez nich poruszanych najwięcej dotyczyło stanu dróg, mieszkań i budynków komunalnych. Gorącym tematem okazała się również kwestia miejsc parkingowych. Część mieszkańców skarżyła się też na uciążliwości związane z działalnością klubów i lokali gastronomicznych na terenie Starego Miasta.

I tu nastąpił klasyczny nieomal konflikt między interesem małej społeczności dzielnicy, a interesem większości mieszkańców naszego miasta. Gdańszczanie bowiem gremialnie narzekają, że nasze śródmieście jest nocą martwe. Że jest za mało knajpek. Twierdzą, że zdecydowanie lepiej pod tym względem jest na sopockim Monciaku. Tymczasem mieszkańcy Śródmieścia woleliby, by z ich dzielnicy zniknęły knajpy, by nic nie budować. Jednym słowem by Śródmieście stało się swoistym skansenem, oazą ciszy i spokoju. I nie przemawiają do nich argumenty, że – niestety – za mieszkanie w śródmieściu płaci się jakąś cenę. Chociażby taką, jaka płacą mieszkańcy sopockiego Monciaka, czy krakowskiego Kazimierza.

Ale to, co mnie najbardziej boli na podobnych spotkaniach, to niebywała u części mieszkańców łatwość oceniania. Zarówno mnie, jak i moich współpracowników. W dodatku oceniania, które nie ma żadnych realnych podstaw.

Pewna mieszkanka na przykład stwierdziła, że „prezydent miasta zabronił mi wstawienia w bramie naszego podwórka kutej żelaznej bramy”. I tu nie wytrzymałem: „W jaki sposób nie pozwoliłem?” – zapytałem. „A bo była uchwała Rady Miasta, że tej bramy ma nie być”. Uchwała rady Miasta w kwestii jednej bramy? Przecież to nie możliwe! Zacząłem drążyć temat. Pani w końcu przyznała, że swoją wiedzę czerpie z mediów. Ale w niczym jej nie przeszkadzało właśnie mnie uznać za głównego winowajcę. I niezmiernie trudno było mi ją przekonać, że jednak nie ma racji. Na szczęście w sukurs przyszedł mi Andrzej Duch, dyrektor Wydziału Architektury. Przypomniał sobie tę sprawę i powiedział, że brama nie powstała, bowiem część mieszkańców gorąco przeciwko niej zaprotestowała.

To smutne, że część mieszkańców naszego miasta – i to wcale spora część – wydaje się niewiele rozumieć z zasad funkcjonowania miasta. Na poprzednim spotkaniu z mieszkańcami Suchanina doszło do bardzo charakterystycznego nieporozumienia. Otóż mieszkańcy zażądali ode mnie, bym „zrobił porządek” z władzami tamtejszej spółdzielni mieszkaniowej. I niewiele pomagały tłumaczenia, że spółdzielnie mieszkaniowe w żadnym wypadku nie podlegają władzom miasta. Wydaje mi się, że to niezbyt sympatyczny spadek po okresie komunizmu. Mieszkańcy traktują mnie, prezydenta miasta, jak pierwszego sekretarza komitetu wojewódzkiego PZPR. Są przekonani, że wystarczy jedno moje słowo, jedno polecenie i wszystko się zmieni.

Trzeba nowych pokoleń by tę błędną świadomość zmienić.

Część moich współpracowników starało się mnie odwieść od tych spotkań z mieszkańcami. „To nic nie daje – tłumaczyli – nie zmienisz ludzkich przyzwyczajeń”. Ale ja się uparłem. Jestem przekonany, ze takie spotkania są niezbędnym elementem budowania społeczeństwa obywatelskiego. Wiem z doświadczenia, że nie są to spotkania łatwe. Szczególnie jeśli chce się traktować ludzi poważnie, jeśli chce się im mówić prawdę w miejsce łatwych obietnic. A ja chcę mieszkańców Gdańska traktować poważnie. I mimo iż wiem, ze ludzie chętniej słuchają obietnic bez pokrycia, chcę mówić im prawdę. Nawet jeśli ta prawda czasami boli, jeśli jest na przekór ich pragnieniom.

Bo tylko taka rozmowa z obywatelami ma sens.